Dzieci Są Przyszłością. O Dzieciach i Lęku Przed Nimi. Kilka Uwag i Porad.

fot. Jagoda Dekert

Spis Treści

Jest powód, dlaczego w Kościele katolickim głównym celem małżeństwa jest rodzicielstwo. Ale rodzicielstwo jest też tym co budzi dzisiaj wielkie emocje, a czasem głośny sprzeciw.

Dzieci to przyszłość

Dzieci są przyszłością. Co do tego nie ma wątpliwości. Bez dzieci nie ma przyszłości. Dosłownie. Możemy być niesamowici, możemy robić wielkie rzeczy, ale jeśli nie będzie tego, kto to po nas odziedziczy, po co nam to? Po co nasze jakiekolwiek starania, jeśli nie po to by uczynić świat lepszym dla tego kto przyjdzie po nas, kto rzeczywiście może skorzystać z naszych osiągnięć?

Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi o to by nie starać się o własne zbawienie, o to by być coraz lepszym. Ale to wszystko dzieje się w obrębie relacji mojej i Boga. Mojej własnej podróży do Uświęcenia. Chodzi o te wszystkie działania, które chcą uczynić świat trochę lepszym nie tylko dla mnie.

Zaufanie Boga

Mamy sześcioro dzieci. To dar. Sześcioro odmiennych ludzi tak zupełnie od nas innych i tak czasem boleśnie podobnych. Z nas, ale nie nasza własność. Dar. Do prowadzenia, do nauczenia, do wychowania. I do wypuszczenia, gdy nadejdzie czas.

Za każdym razem, kiedy widziałam swoje małe nowonarodzone dziecko przychodziło mi na myśl, że Bóg musi mieć do nas spore zaufanie. Powierza nam coś tak kruchego, cennego, tak podatnego na wpływy. Ufa, że docenimy ten dar. Dar człowieka, który się rozwija, dar „świętego w trakcie szkolenia”. Że go nie „zepsujemy”. A możemy to niestety zrobić na tak wiele kreatywnych sposobów… Czasem podejmowanych w całkowicie „dobrej wierze”.

Czy można tego uniknąć?

Nie do końca. Jesteśmy ludźmi także „w trakcie szkolenia” a więc popełniamy błędy. Nie chodzi o to by ich nie popełnić, ale by się z nich uczyć i następnym razem zrobić to lepiej.

Chrześcijanin to w końcu ktoś kto jest gotowy uczyć się całe życie. Na tym polega pokora.

Nadmierne oczekiwania

Dzisiejszy świat uczy nas, że dziecko to zadanie, do którego trzeba się przygotować prawie jak do wystrzelenia rakiety w niebo – wymaga ogromnych nakładów pracy, gigantycznego finansowania a wszystko musi być dopracowane do ostatniego szczegółu, zanim w ogóle podejmiemy myśl o posiadaniu dziecka. Przez co wiele par, także chrześcijańskich czeka na moment, w którym będą „gotowe”.

To pułapka.

Gotowość nie jest stanem statycznym, ale czymś, co rodzi się w działaniu i poprzez działanie.

Jednym zdaniem: jeśli ciągle będziemy się przygotowywać nic nie zrobimy. Dotyczy to właściwe wszystkich obszarów życia. W przypadku dzieci dochodzą nam jeszcze takie ograniczenia jakie nakładają na nas czas i biologia. I może przyjść moment, kiedy odkryjemy, że „jeszcze nie mogę (nie jestem gotowy)” zamieniło się „już nie mogę”, albo po prostu nawet nie podejrzewałem, że „nie mogę”.

Zamiast więc mówić „nie jestem gotowy” zapytaj: dlaczego uważam, że nie jestem gotowy? Co mnie (nas) powstrzymuje? Co jest moim (naszym) prawdziwym lękiem?

Nie próbuj mierzyć się ze wszystkim na raz. Pytaj „dlaczego?”. Dlaczego się tego boję? A kiedy odpowiesz znów pytaj: dlaczego. I dlaczego… Dobiegaj do sedna. Nie zbywaj sam siebie.

Pamiętaj przy tym, że lęk przed brakiem kompetencji to zdrowy objaw odpowiedzialności, ale nie może on paraliżować życia. Nie jesteś swoim lękiem. Twoja tożsamość jako ojca czy matki narodzi się wraz za narodzinami (adopcją) dziecka, nie z powiększającym się stanem konta.

I jako wierzący wiesz, że nie jesteś sam. Nie zostaniesz sam.

Nie ma Sakramentu Rodzicielstwa

Czy zauważyliście, że nie ma sakramentu „rodzicielstwa”? Chrystus, a za Nim Kościół uważa, że jeśli ktoś uważa się za gotowego do małżeństwa (jest w końcu dorosłą i odpowiedzialną osobą skoro podejmuje taka decyzję) to znaczy, że nadaje się do rodzicielstwa. Rodzicielstwo to naturalna konsekwencja małżeństwa. Przez wieki małżeństwa były zawierane i chronione prawem (religijnym i świeckim) nie dla ochrony miłości (cokolwiek to znaczy) ale dla ochrony społeczeństwa i jego przyszłości. A przyszłość oznacza dzieci.

Pamiętaj, Dziecko się przyjmuje nie planuje

„Kto przyjmuje jedno z tych dzieci w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał” (Mt 9,37).

Mamy obsesję planowania wszystkiego. To rozsądne, ale dziecka (i jego wychowania) nie da się do końca „zaplanować”. To wydarzenie, to zmienna, to tańczący ogień.

Możemy planować i nie mieć, możemy nie planować i mieć.

Dzieci są własnością Boga, nie naszą. Nam są „użyczane”. Powierzane w zaufaniu, że je poprowadzimy tak, by były w stanie znaleźć drogę do ich pierwszego Domu.

Strach „przed dzieckiem” to często strach przed utratą kontroli, ale nasza wiara uczy nas, że cuda dzieją się właśnie wtedy, gdy kontrolę nad naszym życiem oddajemy Bogu.

Dziecko to dar, nie projekt

Dziecko to dar. Jednak czasem zapominamy, że dar to nie projekt.

„Posiadając” dziecko czasem zapominamy, że choć jest ono naszym najcenniejszym dziedzictwem, nie jest naszą własnością. Nie jest projektem, mającym nieść naszą pieczęć na sobie do końca swojego życia, w którym realizujemy swoje marzenia czy plany.

Tak, „Pan uczcił ojca przez dzieci a prawa matki nad synami utwierdził” (Syr 3,2), tak, nakazał okazywać cześć swoim rodzicom (Wj 20,12; Pwt 5,16). Ale jednocześnie postanowił, że kiedy przyjdzie czas dziecko ma „opuścić ojca i matkę”, założyć swoją rodzinę (Rdz 2,24; Mt 19,5). Wyruszyć na swoją wędrówkę życia.

To bywa trudne by dać dziecku wolność. I żeby była jasność: nie chodzi o zgodę na samowolę i bezkarność dziecka czy lekceważenie jego etapów rozwoju i możliwości. Chodzi o prawdziwą wolność, której dziecka się uczy i do której się je prowadzi. Wolność do podejmowania własnych wyborów i wolność do ponoszenia za nie konsekwencji.

Jest ona konieczna do tego by osiągnęło swój własny a nie nasz potencjał. Wychowanie to nie zniewalanie. To nie pranie mózgu. Dajemy mu miłość, więź, bezpieczeństwo i przestrzeń do wzrostu, wyposażamy narzędzia konieczne do prawdziwego życia, uczymy, wychowujemy pokazujemy zasady i wartości co do których sami ufamy, że są dobre, a potem otwieramy drzwi i pozwalamy mu latać.

I popełniać własne błędy. Musi być tylko pewne, że będziemy tam, aby je złapać. Nie po to by chronić je przed konsekwencjami, ale by być.

Dziecko to osoba

Chrześcijaństwo widzi dziecko jako pełnoprawną osobę od początku. Wiara zawsze patrzy na człowieka na każdym etapie jego życia jako na osobę. Wyjątkową, niepowtarzalną osobę. Dlatego Kościół naciska na szacunek dla niej i zabezpieczenie przynajmniej podstawowych praw (jak prawo do życia i godności) „od poczęcia do naturalnej śmierci”.

Dziecko jest osobą. Swoją własną. Wyjątkowe, niepowtarzalne. Nie jest przygodą na krótki czas. Jest wszechświatem we wszechświecie.

Dziecko nie „staje się kimś” — ono już jest kimś.

Dziecko to nie „inwestycja”

Jeśli dziecko jest „inwestycją” to nie jest nasza, prywatna inwestycja. Jest to inwestycja całej ludzkości w swoją przyszłość. W to, że w ogóle przetrwa. To dlatego każde rozsądne społeczeństwo inwestowało w rodziny czy tworzyło prawa chroniące naturalną rodzinę, która daje najlepsze warunki do rozwoju, wychowania i stabilizacji.

Niestety, często, idąc za współczesną kulturą, myślimy o dzieciach w kategoriach naszej inwestycji, czyli przede wszystkim kosztów jakie w związku z nim ponosimy (pieluchy, edukacja, czas). To myślenie rynkowe. I bardzo niebezpieczne. Bo dziecko zamiast ze swojej własnej osoby (patrz wyżej) zamienia się w produkt. Taki, którego, jeśli nie chcę (lub staje się dla mnie za dużym obciążaniem) to mogę usunąć ze swojego życia (aborcja, eutanazja), a jeśli chcę to musi mi być dostarczony za wszelką cenę (surogacja, in vitro).

Czy naprawdę sami chcielibyśmy być tak postrzegani? Jako niewolnicy czyjeś potrzeby? Własność swoich właścicieli, bo już nie rodziców? Dlaczego więc zgadzamy się by tak patrzeć na nasze dzieci?

Dziecko to zasób nie koszt: miłość zamiast lęku

Żyjemy w czasach, kiedy utrzymanie dziecka nie tylko przy życiu, co niegdyś było kluczową sprawą, jest stosunkowo łatwe, przynajmniej w społeczeństwach zachodnich. A jednocześnie mówimy, że nas „nie stać” na dzieci. Mamy wszystko: dach nad głową, opiekę lekarską, darmową edukację (jakakolwiek by nie była) możliwości rozwoju i nas... nie stać. To znaczy, że to nie dzieci są tu problemem, ale my sami. Nas nie stać. Czegoś w nas jest za mało. Za mało miłości a za dużo lęku. Warto to sobie uświadomić. A potem nad tym lękiem popracować:

„W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości” (1J 4,18).

Spójrz na dziecko jak na zasób, a nie koszt. To nie „kara”, nie „obciążenie”. To dar. Bezcenny dar. Nie ma drugiego takiego.

Pamiętaj, nie jesteś sam. W teologii mówimy o Bożej Opatrzności (Providentia Dei). To nie jest magiczne myślenie, że „pieniądze spadną z nieba”, ale ufność, że z nowym życiem przychodzą nowe siły, pomysły i motywacja, a czasem realne fizyczne wsparcie. I to jest prawda. Doświadczyliśmy tego.

Dziecko to nasz nieustanny rozwój

Dziecko może być najpotężniejszym motywatorem do rozwoju osobistego i zawodowego. To, co dziś wydaje się „szczytem możliwości”, po narodzinach pierwszego dziecka staje się całkiem zwyczajne. Przy drugim i kolejnym zaledwie „rozgrzewką”. Nowe wyzwanie, nowe umiejętności…

Bóg daje nam łaskę stanu – siły, których dziś nie masz, pojawią się wtedy, gdy będą potrzebne, jeśli o nie poprosisz.

Potraktuj rodzicielstwo jako własną formę doskonalenia. To nie jest „koniec Twojego życia”, to jest jego rozszerzenie o nowe wymiary.

Wiele celów, jakie osiągamy w życiu to cele liniowe: ukończenie studiów, zdobycie pracy, stanowiska… Coś co niekiedy określamy wyścigiem szczurów: biegniemy, bo inni biegną, bo już za kolejnym rogiem ma być nagroda, a potem jest… większa górka. Dziecko to cel kolisty – ono nadaje sens temu, co już osiągnąłeś. Nadaje głębi naszym osiągnieciom, nadaje sens naszym staraniom i nawet jeśli wg świata nie osiągamy sukcesów czy nie robimy „kariery”, osiągamy wyższe, większe cele: „gdybym mówił językami ludzi i aniołów…

Dziecka się nie posiada

To kolejny ważny punkt. Przyjęliśmy dziecko, zdecydowaliśmy się na nie. Ale dziecko to nie przedmiot. Nie można go posiadać. To czego się nie rozumie w całym dyskursie o in vitro czy surogacji to właśnie problem „posiadania” dziecka, „prawa” do dziecka. Nie „mam” dziecka. Ono nie jest „moje”. Nie w sensie przedmiotu czy wręcz niewolnika zależnego mojej (samo)woli. Czy chcielibyśmy być posiadani w taki sposób?

Nie mogę zatem „żądać” dziecka, bo chcę i kiedy chcę, a odrzucić, kiedy nie chcę. Przyjmuję go, kiedy jest, jak dar, którym jest. Biorę odpowiedzialność za jego bezpieczeństwo, wychowanie, prowadzenie go ku dorosłości. I z tego towarzyszenia czerpię radość a nie z „posiadania” „mojego” dziecka.

Po prostu bądź

Żyjemy w kulturze „intensywnego rodzicielstwa”, która sugeruje, że dziecko (jeśli już je „mamy”) potrzebuje pokoju z katalogu i pięciu zajęć dodatkowych od drugiego roku życia (i to jest jeden z powodów dla którego boimy się je przyjąć).

Odróżnij potrzeby dziecka od zachcianek kultury konsumpcyjnej. Dziecko do szczęścia potrzebuje Twojej obecności i miłości, a nie najnowszego modelu wózka czy tabletu, gdy jest starsze. Nadmiar przedmiotów często osłabia więzi, zamiast je budować. Szczególnie jeśli chowamy się za przedmiotami (są łatwiejsze), dajemy je zamiast swoją miłość i czas.

Daj swój czas, daj bliskość, daj przytulenie i poczucie bezpieczeństwa. Nie ulegaj naciskom by trzymać je na dystans, „że się przyczai”. Tak, powinniśmy przyzwyczajać nasze dzieci do przyjmowania miłości i do okazywania jej. Wszyscy tego potrzebujemy.

Dlatego też nie karaj „oziębłością”, ani nie obrażaj się na dziecko gdy jego zachowanie ci się nie podoba: kto tu w końcu ma być dorosłym? Odetchnij, uspokój się. I powróć do obecności. Nawet jeśli na razie (szczególnie gdy jest starsze) nie potrafi tego docenić.

A jeśli chcesz w coś zainwestować pomyśl o zainwestowaniu w rodzeństwo. Rodzeństwo to dar.

Okaż szacunek i empatię

„Co chcecie, aby ludzi wam czynili wy im czyńcie” (Mt 7,12) nakazał Jezus w kazaniu na Górze. To nie bierna zasada jak „nie czyń drugiemu co tobie niemiłe” (co w wychowaniu powinno być oczywiste). Ale tutaj mamy nakaz aktywnego rozeznawania i poszukiwania dobra. Dobra, którego pragniesz i którym chciałbyś się podzielić, chciałbyś obdarować innych. Bo świat byłby lepszy a ty szczęśliwszy, gdyby ludzie okazywali sobie nawzajem szacunek i empatię, zamiast czekać jak sobie na to „zasłużą”.

Zastanów się: Jakiej przyszłości chcesz dla Twoich dzieci? Czego chciałeś/chciałaś dla siebie, gdy byłeś/byłaś w ich wieku? Czego Ci brakowało (i nie chodzi tu o dobra materialne). Jak teraz oceniasz tą/te potrzeby? Czy nadal są aktualne? Czy możesz stwierdzić na pewno, że pomogłyby Ci się stać lepszym, szczęśliwszym człowiekiem?

Nie jesteś sam

„Aby wychować dziecko potrzeba całej wioski”

Lęk „przed dzieckiem” często bierze się z przekonania, że „musimy to zrobić sami”. Pamiętaj, nie musisz. Nawet jeśli ci się tak wydaje, a z jakiegoś powodu nie masz wsparcia w rodzinie, istnieje wiele wspólnot, grup wparcia, nawet internetowych. O wychowaniu napisano mnóstwo książek.

Buduj „wioskę”. Chrześcijaństwo to wiara wspólnotowa. Szukaj innych rodzin, wspierajcie się.

Pamiętaj: Izolacja potęguje strach. Kiedy widzisz znajomych, którzy radzą sobie z trójką dzieci, mimo że nie są milionerami, Twój lęk traci racjonalne podstawy. To kwestia zmiany otoczenia z „singlowo-korporacyjnego” na „rodzinne”.

„Szatan chce byśmy nasze problemy przeżywali sami”. Nie daj mu się oszukać. Nie jesteś gorszym rodzicem, gdy prosisz o pomoc lub z niej korzystasz. Jesteś wtedy rodzicem świadomym, który zna swoje ograniczenia.

Pamiętaj: Dziecko to Wartość dodana

„Bąbelki”, „bachory”, obciążenie”… Kiedy dziecko, nasza przyszłość, stało się ciężarem społecznym? Kiedy zaczęliśmy traktować je z pogardą, walczyć z nim nie dostrzegając nawet jak nierówna i odrażająca jest to walka, przy takiej nierównowadze sił? Kiedy staliśmy się bezduszni, egoistyczni, zamknięci i zwyczajnie bez rozsądku?

Dzieci to nasza przyszłość. To jest prawda. Mogę oczywiście dostosowywać świat „pod siebie” myśleć, że „po nas i choćby potop” ale nigdy moje działania nie są tylko dla mnie. Bo każdy wzrost wymaga czasu. Tak samo wymaga czasu każda naprawa tego co zepsułem.

Jednym zdaniem: Mogę nie dożyć tego by cieszyć się owocami, ale to nie znaczy, że mam przestać sadzić drzewa. Mogę nie interesować się przyszłością świata, ale to nie oznacza zgody na to, że mam ją bezmyślnie niszczyć, bo mogę.

Nie bójmy się dzieci. To przyszłość, to radość. Tak, to też trudny i czasem irytujący przywilej, ale jednak przywilej. I osobiście nie oddałabym tych lat za nic.

Agnieszka Myszewska-Dekert

Twoje wsparcie jest cenne!

Twoje wsparcie jest cenne. Pomaga nam dalej robić to, do czego czujemy się wezwani: pomagać dorosłym odkrywać piękno wiary, tradycji. liturgii i życia chrześcijańskiego.

Dziękujemy za Twoją życzliwość!

Najnowsze Artykuły

Pozostańmy w kontakcie

Zapisz się, jeśli chcesz od czasu do czasu otrzymać od nas krótki list — o nowych treściach, ważnych tematach i tym, nad czym obecnie pracujemy.

Nasza strona to przestrzeń, w której dzielimy się z Tobą naszą wiedzą, a także naszym doświadczeniem w rozwijaniu życia duchowego i rodzinnego. Znajdziesz tu artykuły, porady i materiały, które pomogą Ci głębiej rozumieć wiarę oraz łączyć ją z codziennym życiem.

kontakt@credo-confiteor.com

Newsletter

Zostaw swój adres aby otrzymać od nas wiadomości

@Credo-confiteor.com