grafika: wg. własnego pomysłu, materiały: Canva
Maj to jeden z dwóch miesięcy całkowicie poświęcony Maryi (drugim, jak wiemy, jest październik).
W Kościele Katolickim Maryja zawsze cieszyła się czcią i szacunkiem. Dlaczego?
Umierając Jezus powiedział uczniowi stojącemu pod krzyżem „Oto Matka twoja”. Ewangelia podsumowuje to krótko: „Od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie”. A ponieważ nie ma w Ewangelii rzeczy „przez przypadek”, nauka z tego płynąca jest jasna: każdy, kto uważa się za ucznia Chrystusa bierze Jego Matkę „do siebie”. Bierze ją jako „swoją własną (gr. idios[1])” Matkę.
Patrząc na ten fragment w jego oryginalnym brzmieniu można powiedzieć, że uczeń „chwyta się Jej obiema rękoma”. Greckie słowo lambánō które jest tu użyte a które tłumaczymy jako po prostu „wziął” oznacza także: „aktywnie chwytać, brać lub otrzymywać – właściwie chwytać poprzez agresywne (aktywne) przyjmowanie tego, co jest dostępne (zaoferowane). Lambánō (przyjąć z inicjatywą) podkreśla wolę (asertywność) odbiorcy”[2].
A zatem z tekstu Pisma wynika, że Uczeń nie przyjął Maryi dlatego, „bo był miły” i chciał uspokoić troskę Jezusa o Jego Matkę i wesprzeć Go w ostatnich chwilach. On niejako skorzystał z okazji by ona mogła być także jego Matką.
Jeśli wychowała Syna Bożego jak mogłaby błędnie poprowadzić? Jak mogłaby być czymś mniej niż Darem?
I tak w tych chwilach ciemności, Uczeń, który niczego się nie spodziewał prócz smutku, otrzymał od swego Pana niesamowity Dar. Jego Matkę. I potrafił go docenić.
Nie był to bowiem dar, który mógłby sobie bezprawnie przywłaszczyć. Nikt z nas nie może.
To przekonanie, że posiadanie Maryi za Matkę jest czymś wyjątkowym i zaszczytnym, jest darem, było mocne w Kościele Starożytnym zarówno Wschodnim jak i Zachodnim. Daje temu wyraz jedna z najstarszych modlitw Maryjnych (III w), którą większość z nas odmawia do dzisiaj:
Sub Tuum Praesidium confugimus, Sancta Dei Genetrix.
nostras deprecationes ne despicias in necessitatibus nostris,
sed a periculis cunctis libera nos semper,
Virgo gloriosa et benedicta.
Domina nostra, Mediatrix nostra, Advocata nostra.
Tuo Filio nos reconcilia, Tuo Filio nos recommenda, Tuo Filio nos representa.
Amen.
Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko,
naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych,
ale od wszelakich złych przygód racz nas zawsze wybawiać,
Panno chwalebna i błogosławiona.
O Pani nasza,
Orędowniczko nasza, Pośredniczko nasza, Pocieszycielko nasza.
Z Synem swoim nas pojednaj, Synowi swojemu nas polecaj,
swojemu Synowi nas oddawaj.
Amen.
Maryja jest uosobieniem tego wszystkiego czym my możemy być. Do czego my dążymy.
I tak wracamy do nabożeństw Majowych.
O ile październik związany jest głównie z modlitwą Różańcową, którą ofiarujemy przede wszystkim za zbawienie świata i nasze, Nabożeństwo Majowe wychwala Maryję jako Osobę (Litania Loretańska) wyraża czystą radość z Jej obecności. Podziwia w Niej pełnię cnót, które uosabia, ale też widzi w niej tą, która „bieg ukończyła” i może nam przewodzić i pomagać abyśmy i my go ukończyli i osiągnęli swoją pełnię.
Maj, w tradycji europejskiej i chrześcijańskiej, od zawsze zajmował miejsce szczególne, będąc czasem przejścia, odrodzenia i triumfu życia nad śmiercią zimy, co w sposób naturalny predestynowało go do bycia dedykowanym Maryi – Tej, która według teologii katolickiej stała się bramą, przez którą na świat przyszło Życie w osobie Chrystusa.
Nabożeństwa Majowe w tej wersji liturgicznej jaką znamy (śpiewanie Litanii Loretańskiej, wystawienie Najświętszego Sakramentu), zostały zatwierdzone (i opatrzone odpustami) przez Piusa VII (1815) i Piusa IX (1859) w XIX wieku. Ale samo powiazanie Maryi z majem jest znaczenie wcześniejsze.
Od samego początku istnienia Kościoła Maryja jest traktowana jako Matka. Co więcej jest Matką Dawcy Życia. Przez co powiazanie Maryi z wiosną, z przebudzeniem życia jest naturalną konwekcją tego Kim Ona jest. A jest rozkwitającą różdżką Aarona, Rosa mystica Różą Tajemnic, dzięki wierze, łaskawości i ofiarności której i my rozkwitamy.
Nabożeństwo Majowe od samego początku było związane z wyrażaniem miłości do Matki Chrystusa i naszej Matki.
A takie gesty jak umajanie obrazów i czy figur Maryi?
Narodziły się właśnie z miłości. I wyrażały tą miłość.
To opowieść z „Życia” błogosławionego Henryka Suzo (1295-1366), dominikanina, mistyka, ucznia mistrza Eckharta:
„Gdy zbliżało się piękne lato i pojawiały się pierwsze delikatne kwiatki, powstrzymywał się od ich zrywania, a nawet ich nie dotykał, zanim pierwszych nie ofiarował swej duchowej Przyjaciółce, tkliwej, kwiatom podobnej, różanej Dziewicy, Bożej Rodzicielce. Gdy sądził, że nadszedł już właściwy czas, pełen najserdeczniejszych myśli zrywał je, zanosił do celi, wił z nich wianek, i szedł do chóru lub kaplicy Matki Bożej, klękał pokornie przed Najświętszą Panią i z miłością nakładał go na jej statuę, myśląc sobie, że Ona, - najpiękniejszy kwiat lata i rozkosz jego młodzieńczego serca, nie wzgardzi pierwszymi kwiatami swego Sługi” [3].
W historii kształtowania się „majówek”, zanim stały się oficjalne, było wiele takich gestów. Bardzo ludzkich, bardzo emocjonalnych.
Ten zwyczaj, „umajania” obrazów Maryi i Jej figur przydrożnych jest piękny. Jest też czysty i uroczy w swojej prostocie. Przypomina gest dziecka, które spontanicznie zrywa kwiat by dać go mamie, pokazuje kolorowy liść, błyszczący kamień z pragnienia podzielenia się z nią czymś pięknym, daru swojego spojrzenia na świat, dzielenia się tym co samego go zafascynowało. Robi to po swojemu, czasem niezdarnie, ale z intencją obdarowania, podzielania się częścią siebie, swojej radości, swojego dostrzegania piękna.
Czasem nie doceniamy jak bardzo potrzebujemy wyrażać naszą wiarę w tak prosty sposób. Często też zapominamy, że potrzebujemy wyrażać swoją wiarę, swoją miłość do Boga w tak prosty sposób. Wyrażać ją w sposób fizyczny. Dzielić się swoim zachwytem i odkryciami cudowności świata. Swoją wdzięcznością. Przez takie proste gesty, jak podarowanie kwiatu, zapalenie świecy, czy zaśpiewanie pieśni.
Jesteśmy ludźmi. Stworzeni jako istoty cielesno duchowe i nie wystarczy nam tylko „myśleć” o wierze. Ozdabianie obrazów, figur, zbieranie się by śpiewać pod nimi litanię – to wszystko ma znaczenie. Jest nie tylko naszym dziecięcym darem, ale też umacnia naszą wiarę. Nie bójmy się ani nie wstydzimy się tego. To ma głęboki, piękny sens.
Kiedy szukałam materiałów na ten artykuł, przeczytałam ciekawą uwagę na pewnej stronie poświęconej chrześcijańskiej „pieśni kongregacyjnej”:
„To, co stało się znane jako „nabożeństwa majowe”, czyli dekorowanie słupów majowych, koronowanie Maryi kwiatami i śpiewanie jej hymnów, spopularyzowali Filip Neri w XVI wieku i jezuita Annibale Dionisi w XVIII wieku. (…) Chociaż te przedsoborowe pieśni maryjne nadal mają znaczenie dla wielu osób, które nadal je śpiewają, celebracja nabożeństw majowych z kwiatami i koronowaniem figur Maryi nie jest już tak powszechna, jak przed Soborem Watykańskim II. (…) Przed Soborem Watykańskim II Maryja była często stawiana na piedestale, niemal na równi z Chrystusem, co czyniło z niej wzór dla kobiet, który trudno było osiągnąć (żadna inna kobieta nie mogła być bezgrzeszna, będąc jednocześnie dziewicą i matką), a niekiedy wręcz szkodliwy i opresyjny. Po Soborze Watykańskim II podjęto próbę zniesienia Maryi z tego piedestału, aby uczynić ją bardziej przystępną, kimś, kto miał wątpliwości, lęki i cierpiał tak jak my.”[4]
Nie zgadzam się z myślą autora, że wzorzec Maryi jest (czy kiedykolwiek był) „szkodliwy i opresyjny” i dlatego musiał zostać przez sam Kościół (sic!) „zredukowany”. Autor widocznie nie zrozumiał, że Maryja nie pokazuje nam „wzoru gospodyni domowej, idealnej (i idealnie posłusznej) żony i matki”. Ona pokazuje nam pełnię tego co może osiągnąć każdy z nas jako człowiek zanurzony głęboko w łasce Boga (i dlatego jest nazywana Gwiazdą Morza, i Przewodniczką). Jej piękno jest tym czym może być nasze piękno. Ona sama sobą ukazuje do czego dążymy jako ludzie, co naprawdę możemy osiągnąć.
Ale, pomijając te uwagi, autor zwrócił moją uwagę na inną rzecz. Sugeruje bowiem, że Ojcowie Soboru Watykańskiego II świadomie ograniczyli cześć należną Matce Bożej:
„Po umieszczeniu dyskusji o Maryi w dokumencie Lumen Gentium Soboru Watykańskiego II, zamiast pisania o Niej osobnego dokumentu, Kościół rzymskokatolicki przeszedł na „eklezjotypową” (minimalistyczną) mariologię, która „pojmuje Maryję jako stojącą z Kościołem i stojącą twarzą do Chrystusa jako osobę potrzebującą odkupienia razem z resztą ludzkości”[5].
Ta uwaga mnie zastanowiła. Nie to, że Sobór nie napisał o Niej osobnego dokumentu, bo prawdę mówiąc rzadko jakikolwiek Sobór to czynił (choć w przypadku tego soboru wniosek przepadł ok czterdziestoma głosami). Nie to, że wg autora miał pokazywać Maryję jako „osobę potrzebującą odkupienia razem z resztą ludzkości”, bo to, akurat jest prawda. Jej Odkupienie dokonało się także przez (z powodu) jej Syna – nie odkupiła się „sama z siebie” czy swoją własną mocą, bo „nie własną siłą człowiek zwycięża” (1Sm 2,10). Ale było ono jednocześnie inne niż nasze: narodzenie się w łasce, bez grzechu pierworodnego - mogła widzieć „bez zasłony” położnej na twarzy wszystkich ludów po upadku (por. Iz 25,7), dosłowne napełnienie łaską („Duch Święty zstąpi na Ciebie”), wniebowzięcie z ciałem i duszą (bez czekania na powszechne zmartwychwstanie). Została odkupiona, ale w sposób szczególny. I to Jej odkupienie nie było tylko dla niej. Było też dla nas. Pod krzyżem stała się darem dla nas. W Jej postaci Bóg pokazała kim my możemy być. I jednocześnie dał Ją nam abyśmy nie byli sami, a nas powierzył Jej by się nami opiekowała, tak jak opiekowała się swoim Synem.
Zastanowiła mnie jednak pytanie czy naciskając na takie podejście, Ojcowie Soborowi mimowolnie nie wystąpili przeciw Matce Chrystusa? A przynajmniej przeciw Jej miejscu w wierze Kościoła? Nawet jeśli nie mieli takich intencji, a ich decyzja wynikała z chęci „oczyszczenia” tego, co wg nich narosło kulcie dedykowanym Matce Bożej? Czy, w trosce o złagodzenie tematów budzących sprzeciw w dialogu ekumenicznym „nie wylali dziecka z kąpielą”?
W każdy razie świadomie czy nie, w pewien sposób zostaliśmy okaleczeni przez tych, którzy mieli być strażnikami Tradycji i Wiary. Czy widzieli co robią i przewidywali konsekwencje swoich działań? Do spustoszenia w wierze jakie one doprowadzą?
Nie bardzo, sądząc po zjawisku, które nazywano „Maryjną zimą”, kiedy to bezpośrednio po Soborze, w wielu regionach świata (szczególnie w Europie Zachodniej), nastąpił gwałtowny spadek pobożności maryjnej co było właśnie efektem radykalnego, często błędnego rozumienia soborowego maryjnego „minimalizmu”. I konieczności wydania przez Pawła VI adhortacji Marialis Cultus, aby ratować to co się dało.
Przez wieki cześć Maryi nie odbierała nic Chrystusowi. Była głęboka i piękna. Wyrażała nasze człowieczeństwo, naszą potrzebę bliskości, naszą nadzieję. Była inspiracją poezji i sztuki, małych i wielkich gestów miłości i wiary. Maryja była naszą Matką i Panią. Próba Jej dyskryminacji – ustawienia w szeregu, pokazania Jej „Jej miejsca” (nawet jeśli to było teoretycznie pierwsze miejsce), musiała być szkodliwa dla naszej wiary i dla Kościoła jako całości. Synowie wystąpili przeciw własnej Matce, którą wedle polecenie Chrystusa mieli „wziąć do siebie”. W rezultacie pokolenia, które urodziły się po Soborze (zaczynając od mojego) zaczęły podświadomie wzrastać w przekonaniu, że kult Maryjny jest „ludowy”, „na wyrost” a więc taki trochę „prostacki”, nie dla „inteligentów” i „dojrzałych wierzących”. I tak rodził się dystans do tego wszystkiego co było z czcią poświęconą Maryi związane (łącznie z modlitwą Różańcową). Czuliśmy dysonans: wiedzieliśmy, że Maryja jest jakość ważna (w końcu jest Matką Chrystusa i nosi tytuł Bogarodzicy zatwierdzony przez Kościół), ale nie potrafiliśmy już „oddać jej serca” bezkrytycznie i szczerze. Co więcej takie oddanie wydawało (wydaje) nam się dziwne, nie dla „oświeconych” takie trochę „poniżej poziomu”, „dla prostaczków” (a my oczywiście byliśmy tymi „wysublimowanymi w wierze). Podchodziliśmy i podchodzimy często nadal do niego z nieufnością.
Jak bardzo nas to okaleczyło? Jak wiele zabrało „radości zbawienia”, tej która wiła wianki, ozdabiała obrazy w domu i przy drogach, śpiewała hymny, bo po prostu chciała podzielić się swoją czcią i miłością? Która czuła się kochana i zaopiekowania? I jak można to naprawić? Poza czystym uporem by robić to wszystko co było ważne dla tych co wierzyli przed nami?
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit. Autem dolore, alias, numquam enim ab voluptate id quam harum ducimus cupiditate similique quisquam et deserunt, recusandae.
Jeśli tylko mamy możliwość, to powinien być nasz pierwszy wybór. Nabożeństwo Majowe w Kościele jest ukoronowaniem ponad tysiąca lat miłości do Matki Bożej. Nie „bądźmy ponad nie”.
W Polsce kapliczki przydrożne są stałą częścią krajobrazu, przynajmniej poza miastami. Stawiane na rozdrożach i na granicach miejscowości i pod okapami domów miały chronić je przed duchowym zagrożeniem, a wędrujących po drogach przed zbłądzeniem. Dawniej były też miejscem zgromadzeń i nabożeństw. W maju, szczególnie tam, gdzie odległość do kościoła parafialnego była duża, a prace polowe kończyły się późno, wierni spotykali się o zmroku przy lokalnym krzyżu lub figurze, aby wspólnie odśpiewać litanię.
Na wsiach nadal można spotkać ludzi zgromadzonych na modlitwie. Co ciekawe, zwyczaj zaczyna wracać w niektórych miastach. Czasami mniej jako akt pobożności a bardziej jako akt odwagi i wiary, która nie chce się już chować. Chce być wyrażana. Chce mieć prawo do okazywania miłości.
I jeśli w okolicy gdzieś w maju śpiewają litanię, może warto by się do niej dołączyć. Albo zorganizować z rodziną czy przyjaciółmi.
Nadal mijamy przydrożne kapliczki i krzyże. Możemy zanieść tam nasz dar: świecę, kwiat, wieniec z polnych kwiatów czy zwyczajnie uporządkować przestrzeń, zatrzymać się na krótką modlitwę. Nie musimy śpiewać od razu całej litanii. Chodzi o to by zacząć zauważać te miejsca, otoczyć je troską, zobaczyć w nich szansę na kontakt z Bogiem, akt strzelisty, pośród zabieganego dnia.
Posiadanie miejsca modlitwy było niegdyś w każdym (polskim) domu czymś oczywistym. Sporo z nas pamięta jeszcze oleodruki obrazów przestawiających Niepokalane Serce Maryi i Najświętsze Serce Jezusa (poświęcenie im domu było całą osobną ceremonią), wiszące w rogu pokoju lub nad łóżkiem. Po soborze zaczęto odchodzić od tego zwyczaju, traktując poświęcone obrazy bardziej jak „sztukę ścienną”, niż rzeczywisty kierunek, w którym się zwracamy w czasie modlitwy, i który porządkuje naszą modlitewną przestrzeń.
Jest to rzecz, do której wrócić najprościej. Jeśli mamy jakąś wolną ścianę w domu. Najlepsza byłaby wschodnia (Chrystus jest Wschodzącym Słońcem i dlatego dawniej Kościoły były orientowane ku Wschodowi), ale każda inna też się nada.
Kierunek, w którym możemy się zwrócić w naszej modlitwie, miejsce, gdzie możemy zapalić świecę lub położyć kwiaty, przywracając te drobne gesty miłości do życia.
Dzieci też mogą mieć „swoja” kapliczkę, udekorowaną po swojemu. Po tym jak opowiemy im, dlaczego to robimy i dlaczego to jest ważne by wiara wyrażała się także gestami miłości i troski.
Agnieszka Myszewska-Dekert
[3] Bł. Henryk Suzo, „Zycie”, wyd. w Drodze, Poznań 1990 s.134
Twoje wsparcie jest cenne. Pomaga nam dalej robić to, do czego czujemy się wezwani: pomagać dorosłym odkrywać piękno wiary, tradycji. liturgii i życia chrześcijańskiego.
Dziękujemy za Twoją życzliwość!
Zapisz się, jeśli chcesz od czasu do czasu otrzymać od nas krótki list — o nowych treściach, ważnych tematach i tym, nad czym obecnie pracujemy.
Nasza strona to przestrzeń, w której dzielimy się z Tobą naszą wiedzą, a także naszym doświadczeniem w rozwijaniu życia duchowego i rodzinnego. Znajdziesz tu artykuły, porady i materiały, które pomogą Ci głębiej rozumieć wiarę oraz łączyć ją z codziennym życiem.
Newsletter
Zostaw swój adres aby otrzymać od nas wiadomości
@Credo-confiteor.com