Zesłanie Ducha Świętego. Jak Przestać Żyć Lękiem i Zacząć Żyć Miłością

"Zesłanie Ducha Świętego: Miłość, która zwycięża lęk aby się dzielić". Grafika: wg. własnego pomysłu, AI

Spis Treści

"W bojaźni nie masz miłości: ale miłość doskonała precz wyrzuca bojaźń, bo bojaźń ma utrapienie, a kto się boi, nie jest doskonały w miłości".

1 J 4,18

tł. Biblia Jakuba Wujka

„Kto się lęka nie wydoskonalił się jeszcze w miłości” (1 J 4,18)

Nasza wiara często budzi lęk. W nas samych. Czasem nasze obawy mają obawy. „Czy Bóg istnieje?”, „Czy On naprawdę mnie kocha, skoro to i to mi się przydarzyło?”, „Czy to coś mi da czy tylko będzie żądać ode mnie więcej i więcej?” „Czy wiara to moralność?”. I to główne: „Czy to jest prawdziwe?”.

Wątpliwości, które budzą wątpliwości. I niepokój, że je w ogóle mamy. Czy powinniśmy je mieć? Czy nie powinniśmy po prostu wierzyć?

Gdyby to było takie proste.

Jesteśmy ludźmi, żyjącymi w upadłym świecie, popełniającymi błędy. I spotykających innych ludzi, którzy także popełniają błędy. Mimo swojej deklarowanej wiary. To logiczne, że mamy wątpliwości. To nie jest powód do wstydu. Tylko do działania, do poprawy. I modlitwy o rozeznanie co właściwe muszę poprawić.

Pismo mówi, że lękamy się bo „nie wydoskonalimy się jeszcze w miłości”. To nie jest oskarżenie. To po prostu stwierdzenie faktu. Kto się boi nie wydoskonalił się w miłości, ponieważ „doskonała miłość usuwa lęk”.

Kiedy naprawdę poznaje się Boga i to „jak wielkie rzeczy przygotował tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2,9) i że „ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani Moce, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 8,38-39) człowiek przestaje się bać.

Ale nie dzieje się to tak po prostu, choć oczywiście może, dla Boga nie ma nic niemożliwego. Jednak w zwykłym porządku rzeczy dzieje się to poprzez Jego Ducha, którego nam dał. Ducha Bożego, nie ducha niewoli (por. Rz 8,15)

Zesłanie Ducha Świętego

Pamiętamy tę historię. Apostołowie po zmartwychwstaniu siedzą zamknięci w Wieczerniku. Czekają. Jeszcze nie do końca wiedzą na co. Ale Pan powiedział, że mają czekać więc czekają. I modlą się. Nie jest z nimi tak źle jak na początku, zaraz po śmierci Jezusa, kiedy dosłownie „byli zamknięci z obawy przed Żydami” (J 20,19), bojąc się, że podzielą Jego los. Zatroskani o swoje doczesne ciała i życia. Zamknięci w ciele i zamknięci w duchu. W rozpaczy i zwątpieniu. A przede wszystkim w ogromnym strachu, że to wszystko było pomyłką. Że błędnie ulokowali swoją nadzieję.

Teraz, kiedy Zmartwychwstały przyszedł do nich jest troszeczkę lepiej.

Spotkali Pana. Mają już nadzieję. Że śmierć to nie musi być koniec. Ale jeszcze brakuje im odwagi. Nie do końca widzą co mają robić dalej z tą wiedzą. Odwagi starcza im tylko na tyle by wypełnić Jego polecenie. Wrócić do wieczernika, czekać i zaufać.

Zaufanie i wierność słowu Pana.

To jest fundament postawiony po to, aby pojawiło się coś zupełnie nowego. Co odmieni nasze życie w sposób jaki sobie teraz nie wyobrażamy. Pokaże nam nasze granice i nauczy nas je przekraczać.

Zstępuje Duch Święty.

I nagle wszystko się zmienia. Wątpliwości mogą pozostać, ale nie są już istotne w obliczu Jego miłości. Tak gdzie królował lęk jest teraz gorejąca miłość, która się nie boi. Która rozumie, że śmierć nie jest granicą tylko bramą. I że radością, miłością trzeba się dzielić. Trzeba pokazać innym drogę. Tym co tkwią w ciemnościach lęku, nawet jeśli mi osobiście przyniosłoby to cierpienie i śmierć. Bo wiemy, że to nie koniec. Że jest dalej. I to dalej jest dobre.

Święty Paweł powie, że Chrystus wyrwał śmieci jej żądło (1 Kor 15,55). On uwolnił nas nie tylko od śmierci, ale przede wszystkim od strachu przed nią (Hbr 2,15). Stąd brała się odwaga męczenników. Przez ofiarę Chrystusa odzyskali swoją, utraconą przez grzech pierworodny, nieśmiertelność w Bogu. Jak więc śmierć tutaj mogła im zaszkodzić? Oczywiście nadal mogła być przedwczesna, mogła być bolesna, ale nie była już końcem, drogą do Szeolu. Stała się ścieżką na drodze do prawdziwej wolności. Do Królestwa.

Od Lęku do Miłości

Nasze dojrzewanie w wierze to właśnie podążanie tą drogą: od lęku do miłości. Do zrozumienia, że lęk, wątpliwości nie muszą panować nad nami. Że jesteśmy pod innym panowaniem. Tego, który śmiercią zwyciężył śmierć. Oczywiście, wątpliwości i lęki nadal mogą (i zapewne będą) nam towarzyszyć, możemy iść przez ciemne doliny i doświadczać ciemności wiary, ale nie muszą już nami władać. Nie muszą dyktować, jak mamy żyć. Możemy podążać za miłością. Dokonać wyborów kierując się nie lękiem, a właśnie miłością. I pewnością, że sam jestem umiłowany. Że nie jestem sam.

Wiara chrześcijan od samego początku, kładła nacisk na to, że jeśli tylko pozwolimy prowadzić się Duchowi, trwamy w łasce, jesteśmy synami, dziećmi Boga. Nie jego niewolnikami (Rz 8,14-15). To ważne.

Lęk w wierze rodzi się tam, gdzie człowiek czuje, że musi zasłużyć sobie na miłość Boga (jakby Jego miłość była warunkowa), lub że Bóg jest takim sędzią, który tylko czeka by go ukarać, jeśli popełni najmniejszy błąd. To postawa niewolnika. Z tego lęku wynika potem obsesyjne czasem skoncentrowanie na moralności i stawianie jej w centrum wiary. A potem często osądzanie innych, że nie są moralnie doskonali, bo przecież „są katolikami” i powinni.

A przecież, choć na ziemi jesteśmy wszyscy świętymi, to jednak „w trakcie szkolenia”.

Czy mamy więc rozumieć, że moralność wynikająca z przykazań Bożych jest zła albo ograniczająca? I porzucić ją „dla podążania za miłością”. Nie. To byłoby błędne działanie, zwłaszcza gdybyśmy sami zdefiniowali tę „miłość” za którą podążamy.

Celem przykazań jest dawać nam granice, uczyć, gdzie jest dobro i zło. Przykazania i granice to konieczna troska rodzica (jak rozumie to każdy kto kiedykolwiek miał zaszczyt wychowywać dzieci). Ale same w sobie przykazania (i zachowanie ich) nie są celem. To drogowskazy mające poprowadzić nas głębiej do bezgranicznego zaufania Bogu, do oparcia się na Nim w pierwszej kolejności: „sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną” (Mt 10,21).

Zaufanie. To cel przykazań (poza troską Boga o to byśmy sobie i innym nie robili krzywdy). Mają nas nauczyć ufać Bogu i podążać za Nim.

Aż zaczniemy podążać za Nim nie ze strachu przed piekłem, ale z miłości do Niego i zaufania, że chce dla nas dobra, nie zła. Że to co uczynił było bardzo dobre (Rdz 1,31) także przykazania. Ze zrozumienia, że to co często odbieramy jako ograniczenie, tak naprawdę pozwala nam bezpiecznie rozwinąć skrzydła.

A miłość to zupełnie inna motywacja do działania moralnego niż lęk.

I początek właściwej Drogi Wiary.

Dlaczego zachowanie przykazań i posłuszeństwo Bogu w nich jest ważne?

Aby Zesłanie Ducha dotknęło nas, tak jak apostołów (choć może nie tak spektakularnie) musimy być posłuszni Chrystusowi. „Trwać w wieczerniku”, miejscu Eucharystii. Jednym zdaniem: być w Łasce Uświecającej. To dlatego zachowanie przykazań jest fundamentem dla wszystkiego innego w życiu duchowym. Pomagają nam zachować łaskę, w której zostaliśmy ochrzczeni (to ta, która umożliwia nam zbawienie) i trwać w niej.

I dopiero w wtedy jest możliwy nasz prawdziwy duchowy rozwój.

Bo Duch Święty może zstąpić na nas.

Zesłanie Ducha to moment, w którym Bóg „wylewa” swoją Miłość w nasze serca. Ta Miłość jest jak światło – tam, gdzie ona wchodzi, lęk (ciemność) znika automatycznie. Nie walczymy z lękiem, nie musimy tego robić. Po prostu "wypełniamy się" Miłością.

Prawdziwa Miłość się dzieli i przez to staje się większa

„Boga żaden nigdy nie widział; ale jeśli miłujemy jedni drugich, Bóg w nas mieszka, a miłość Jego doskonała jest w nas. Przez to poznajemy, iż w Nim mieszkamy, a On w nas, iż z Ducha swego nam dał”

(1 J 4, 12-13).

Miłość, którą otrzymujemy, Duch Prawdy, Duch Pocieszyciel, nigdy nie jest tylko dla nas. Nie jest talentem, który mamy złapać i zakopać by nikt przez przypadek go nam nie zabrał, albo sobie coś z niego nie uszczknął z domniemaną szkodą dla nas. Miłość, prawdziwa miłość jest hojna. Zawsze wrasta w dzieleniu.

Stąd wszystkie nauki (i osobisty przykład Jezusa) który, w skrócie, mówi o tym, że „przychodzimy, aby służyć”. Nie tylko dlatego, że gdy skupiamy się na służbie, wykorzystujemy dar Ducha Miłości jaki otrzymaliśmy, jesteśmy wierni, lęk o „siebie” znika.

Dzielenie się miłością ma też inny sens (i cel).

Zapewne wiele razy chcielibyśmy „doświadczyć miłości Boga” jakoś bardziej realnie, fizycznie. Poczuć Go, choćby przez chwilę. Zobaczyć Go. To nie jest nasze odosobnione pragnienie. Sądzę, że jest dość powszechne. W końcu jesteśmy ludźmi, bytami fizyczno-duchowymi. Potrzebujemy wyrażać i doświadczać naszą wiarę w osób fizyczny, a nie tylko czysto intelektualny.

Wydaje się jednak, że to pragnienie jest z góry skazane na porażkę. Święty Jan mówi: „Boga żaden nigdy nie widział” (J 1,18).

Nie dlatego, że Bóg nam tego odmiana, ale dlatego, że tu u teraz nie mamy do tego odpowiednich właściwości. To dlatego Pismo mówi, że nie można zobaczyć Boga i pozostać przy życiu (Wj 33,20). Ci, którzy to wiedzieli bali się nawet patrzeć na aniołów w chwilach objawień, wiedząc, że nie posiadamy tutaj odpowiednich zmysłów by takie doświadczenie przeżyć bez specjalnej łaski (Iz 6,5), To jak patrzenie w płonące serce wszechświata, wejście w gwiazdę. Poza Chrystusem na tej ziemi nikt Go nie widział w Jego postaci.

My poznajemy Go właśnie przez Chrystusa, w którym mieszka „cała pełnia bóstwa” (Kol 2,9). Jest Bogiem i jest człowiekiem. Kimś bardziej uchwytnym, doświadczalnym. I zostawił nam siebie w Eucharystii, fizycznym chlebie. Choć ukrytego możemy Go dotknąć.

Ale jest jeszcze jeden sposób by dotknąć samego Boga.

Choć nadal nie możemy Go zobaczyć, możemy Go doświadczyć. Co więcej możemy to doświadczanie go niejako „przywołać”. Nie magicznie, nie przez jakieś rytuały, które miałby Go nagiąć do naszej woli, ale poprzez akty służby.

Obecności Boga w tym życiu doświadczamy poprzez akty miłości, które wykonujemy: „jeśli miłujemy jedni drugich, Bóg w nas mieszka, a miłość Jego doskonała jest w nas”, mówi św. Jan.

Czyli im więcej w nas jest miłości, którą się dzielimy, tym bardziej doświadczamy Boga. To od nas zależy w jakich „dawkach” chcemy Go doświadczać. I nie chodzi tu o wielki wolontariat, ale o zwykłe, codzienne akty miłości, czasem zupełnie małe, niezauważalne, cichą służbę hojną i bez narzekania: „radosnego dawcę miłuje Bóg” (2 Kor 9,7).

„Jeśli miłujemy jedni drugich, Bóg w nas mieszka”.  Jest jak światło świecy. Dzieli się nie tracąc nic, a dzielone pomnaża się i coraz bardziej rozświetla ciemności.

Agnieszka Myszewska-Dekert

Twoje wsparcie jest cenne!

Twoje wsparcie jest cenne. Pomaga nam dalej robić to, do czego czujemy się wezwani: pomagać dorosłym odkrywać piękno wiary, tradycji. liturgii i życia chrześcijańskiego.

Dziękujemy za Twoją życzliwość!

Najnowsze Artykuły

Pozostańmy w kontakcie

Zapisz się, jeśli chcesz od czasu do czasu otrzymać od nas krótki list — o nowych treściach, ważnych tematach i tym, nad czym obecnie pracujemy.

Nasza strona to przestrzeń, w której dzielimy się z Tobą naszą wiedzą, a także naszym doświadczeniem w rozwijaniu życia duchowego i rodzinnego. Znajdziesz tu artykuły, porady i materiały, które pomogą Ci głębiej rozumieć wiarę oraz łączyć ją z codziennym życiem.

kontakt@credo-confiteor.com

Newsletter

Zostaw swój adres aby otrzymać od nas wiadomości

@Credo-confiteor.com