"Zaufać Bogu aby stać się najlepszą wersją siebie",
grafika: wg. własnego pomysłu, materiały: AI, Canva
Pamiętacie jeszcze artykuł o prawdziwej radości? Tej o której mówi Pismo Święte? O tym czym jest i czym nie jest? Jeśli nie to możecie go znaleźć tutaj. Dzisiaj chciałaby kontynuować ten temat. Jesteśmy w końcu w czasie radości. W czasie, gdy świętujemy zmartwychwstanie Wcielonej Radości.
Dobrze. Przypomnijmy sobie krótko co wiemy o prawdziwej radości. Tej opisanej w Biblii.
Wiemy już, że nie jest emocją, ale darem łaski, uczestnictwem Królestwie wcielonej Radości. Wiemy, że może trwać mimo smutku, cierpienia i codziennych zmartwień. Że jest właściwe wyznacznikiem stanu naszej wiary i naszej nadziei (radość zbawienia), że tracimy ją przez grzech (odstępstwo) a możemy odzyskać przez nawrócenie.
Ale to nie wszystko.
Przyjęcie jej przynosi wielką ulgę. I tym chciałam o tym opowiedzieć.
Wielu chrześcijan czuje się winnych z tego powodu, że nie potrafi z siebie „wykrzesać radości” o której czytali w Biblii. Bo przecież „Królestwo Boże to pokój i radość w Duchu Świętym” (Rz 14,17). A oni nie czują radości. A chrześcijanin, jak często się słyszy, nie powinien być ponury. Został w końcu odkupiony. To na pewno jest powód do radości. Powinien więc jakoś ją wyrażać.
Z drugiej strony są tacy wierzący, którzy czują się źle okazując nadmierną radość. I zazwyczaj mają problemy z ustaleniem, kiedy ta radość jest nadmierna, więc na wszelki wypadek jej unikają. Kojarzy im się z frywolnością i kłóci z powagą wiary, a przynajmniej z tym jak, według nich, ta wiara powinna być praktykowana.
Jedni i drudzy czują się źle z tematem radości. Albo jest jej za mało, albo za dużo.
Dodatkowo, współczesna kultura nakazuje nam „myśleć pozytywnie” i być „the best version of myself” – „najlepszą wersją siebie”. To ostatnie nie byłoby takie złe – w końcu jako ci, którzy dążą do zbawienia, mamy stać się najlepszą wersją siebie – ale problemem jest ciężar. Ciężar oczekiwań względem siebie, ciężar nieustannej kontroli „czy już?”, a przede wszystkim ciężar ubóstwienia siebie. Mojego „ja”, które wszystko dominuje i staje się miarą wszechświata.
W dużym skrócie to co świat nazywa „afirmacją siebie” polega właściwie na „supremacji ja” Dominacji mojego ego. To ja decyduję co jest wartością dla mnie. Trenerzy tej postawy zachęcają: „Twoje „najlepsze ja” jest czymś wyjątkowym i definiuj je na podstawie własnych wartości, a nie cudzych”. I choć ta definicja może wydawać się kusząca i uwalniająca jednak zawiera w sobie pułapki, które jeszcze bardziej nas zniewalają. Bo w „supremacji ja” nie chodzi o to by być lepszym niż wczoraj – taka postawa i działanie jest bardzo chrześcijańskie: „jesteśmy poszukiwaczami nie świętymi”, czy raczej „dążymy do świętości a nie udajemy jej”. Ale chodzi w niej o to, że ja – moje „ego” staje się tym do czego siebie samych i swoje działania mierzymy. Nie Bóg. Nie zewnętrzny i obiektywny system wartości. Ale wyłącznie moje subiektywne przekonanie.
Nie trzeba wiele wyobraźni by zobaczyć jak bardzo taka postawa może nas sprowadzić na manowce. Jeśli moje pragnienia są miarą moich działań to cóż trzeba mieć tylko nadzieję, że jestem choć trochę uczciwy, współczujący i hojny. Bo jeśli nie, to bycie „co dzień lepszym niż wczoraj” może mnie prowadzić do bycia coraz lepszym w kłamstwie, oszustwie, nieczułości, czy szeroko pojętym egoizmie – w końcu liczą się moje pragnienia i nie da się ukryć, że osiągam mój cel. A jeśli przy tym szkodzę innym, świadomie czy nie, to już nie jest mój problem. Ja osiągam swoje cele i żyję według moich wartości, w zgodzie „z samym sobą”.
Oczywiście „supremacja ja” powoduje też, wcześniej czy później, ogromne konflikty społeczne, ponieważ w zasadzie sprowadza relacje międzyludzkie do walki. Jeśli moje „pragnienia” są najważniejsze i powinny być miarą, a druga, trzecia i czwarta osoba twierdzi, że jego – to jak mamy osiągnąć kompromis? Kompromis w tym przypadku jest przecież przegraną czyjegoś „ja”. A ponieważ nie ma obiektywnych wartości (albo nie mają takiej miary jak te uznawane przeze mnie), nie mamy do czego się odwołać. Nie ma między nami płaszczyzny porozumienia. Zatem ten konflikt musi rozstrzygnąć walka między nami. I silniejszy wygrywa i dominuje. Aż sam zostanie pokonany.
A w tym wszystkim cierpią ci, którym odbiera się głos. Bo go albo jeszcze nie mają albo są zbyt słabi by zostać usłyszanym. Więc nie są ważni. Nie mogą się włączyć do walki o swoje. Więc nie zasługują na reprezentację Dlatego można zlekceważyć ich dobro, czasem ich życie, jeśli tylko moje dobro jest zabezpieczone.
W języku hebrajskim słowo, które tłumaczymy jako „chwała” jak w „chwała Boża” czy „oddajcie chwałę naszemu Bogu” pochodzi od rdzenia, które oznacza „ciężar”. Ten ciężar to nie tylko oznaczenie, że Bóg ma wagę, ale że sama chwała należy się Bogu, bo tylko On ma moc ją unieść.
Mówi się o upadku pod „ciężarem oczekiwań” – i to jest najbliższe temu co oznacza przejęcie chwały Boga dla siebie. I to jest główna pułapka „pozytywnego myślenia”: to, że ciężar samorealizacji spoczywa na nas. A czasem ciężar świata, kiedy walczymy z innymi o swoje poglądy. To jest ciężkie, to jest niewygodne. To łamie nam wcześniej czy później kręgosłup, bo jesteśmy oddechem Pana, jego tchnieniem (hewel) a nie fundamentem świata ani centrum, wokół którego ten świat się obraca.
Nie możemy być „przewodnikiem błądzących”, ani nawet przewodnikiem dla siebie samych a już na pewno nie jesteśmy kamieniem węgielnym. Ten zaszczyt należy się Chrystusowi. On jest Mistrzem. I On jest Fundamentem i „nie może być innego położnego” (1 Kor 3,11) jeśli chcemy by coś (w tym my sami) naprawdę przetrwało.
Nie przez przypadek Chrystus mówi, aby „przerzucić na niego swoje ciężary” (zob. Mt 11,28; 1 P5,7). Nie chodzi by nasze trudności „wpychać w moc”, „odpuszczać emocje”, ignorować to co nas obciąża, ale by zaufać. „Kiedy Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszytko jest na swoim miejscu”. Kiedy Chrystus jest Fundamentem to my rośniemy na świątynię chwały Bożej. Kiedy my, odrzucając Chrystusa, próbujemy być fundamentem świata nawet swojego – potykamy się i upadamy w hańbie i zgorszeniu (zob. 1 P 2,4-8).
Psychologia jest ważną dziedziną nauki o człowieku i jego funkcjonowaniu i stara się go zrozumieć i pomóc. Jest ważna i kiedy potrzebujemy pomocy w obszarach, którymi się zajmuje nie powinniśmy jej unikać. Ale jednocześnie powinniśmy być bardzo ostrożni z nurtami para-psychologicznymi czy domorosłymi mędrcami, guru od „tajnej” wiedzy. Szczególnie tych od „ubóstwiania siebie”.
Czym różni się psychologia od duchowości? Psychologia odczytuje emocje, duchowość mówi o rzeczywistościach. Dla psychologii radość to emocja – pozytywna, oczekiwana, ale krótkotrwała. Dla duchowości (szczególnie chrześcijańskiej) radość to stan. To coś co może trwać i choć może wyrażać się w sposób emocjonalny z założenia emocją nie jest.
Dlaczego to rozróżnienie jest ważne? Kiedy tkwimy w pułapce „pozytywnego myślenia” i „supremacji ja” oczywiste jest, że chcemy dążyć do tego co sprawia nam przyjemność a uciekać od tego co powoduje przykrość, smutek lub cierpienie, odcinać się od „toksycznych” osób itd. Jednym zdaniem ciężko pracować by nasza przestrzeń osobista była taka jaką ją sobie wyobraziliśmy. A na tym świecie jest to niemożliwe do osiągnięcia albo niemożliwe do osiągniecia tak by trwało dłuższy czas. Ponadto paradoksalnie dążąc do naszego szczęścia jesteśmy obciążeni i przytłoczeni tym by to szczęście osiągnąć. Rozliczamy siebie z tego „czy już jesteśmy wystarczająco szczęśliwi”. Czyli: tak często dążymy do odczuwania radości, że nie mamy czasu się faktycznie radować.
Biblia, wiara mówi o czymś innym. Nie staram się „osiągnąć” radości. To nie jest coś co muszę poczuć. Wiem, że radość jest. Że Bóg jest jej źródłem, że Chrystus jest „ucieleśnioną radością”, którą ja mogę się „uradować” nawet jeśli dotyka mnie smutek, choroba, cierpienie czy lęk. To co ja muszę zrobić to zaufać temu, że jest. I być blisko Niego wiedząc, że On jest blisko mnie. Muszę to przyjąć. Odpuścić by móc otrzymać „stokroć więcej”.
Wspominaliśmy poprzednio o znaczeniu „metanoi” – zmiany myślenia. Dotyczy też to myślenia o sobie, o tym co muszę zrobić, o tym jak mam osiągnąć z sobą sukces, osiągnąć szczęście.
Psychologia często próbuje wzmocnić „ego”. Nie robi tego ze złośliwości. Ponieważ ego „ja” to wszystko co dla niej istnieje (i w związku z tym się liczy) pragnie uczynić je cięższym, by przetrwało. Natomiast Biblia, która mówi o relacji człowieka i Boga, proponuje coś zupełnie innego: pozwól swojemu ego być „lekkim” (Hevel), a całą masę swojego istnienia oprzyj na „ciężkim” Fundamencie (Kavod), którym jest Bóg.
Psychologia poleca czasem drogę „pozytywnych afirmacji” by budować swoje poczucie własnej wartości. Duchowość podchodzi do tego inaczej. Jeśli wierzymy, wiemy, że mamy wartość, jesteśmy cenni, tak bardzo, „że Bóg dał swojego Syna, aby każdy kto w Niego wierzy miał życie wieczne”. Nie musimy budować poczucia własnej wartości. Ono już jest, niejako wbudowane w naszą ludzką istotę.
Dobrze. To była teoria. A teraz jak to wykorzystać w praktyce. Co możemy zrobić by odzyskać radość „zbawienia”? Zobaczyć, że mamy wartość (i w rezultacie znów odzyskać radość)?
Zaproponowałabym tu drogę tego, co z braku lepszego sformułowania nazwałbym „afirmacji wiary”.
Jako chrześcijanie nie potrzebujemy „pozytywnych afirmacji” aby zyskać wartość (nawet w swoich oczach). Ale sądzę, że wszyscy, od czasu do czasu, potrzebujemy „afirmacji wiary” by przypomnieć sobie, że tą wartość mamy.
Najprościej mówiąc „afirmacje wiary” to droga kontemplacji prawd wiary, prawd o których mówi nam Pismo Święte, a Kościół i święci nam przypominają.
Czym różni się od zwykłej kontemplacji?
Tym, że dotyczy krótkich sformowań, które są wypowiadane, najlepiej na głos, choć kiedy nie ma takiej możliwości mogą być powtarzane „w duchu”.
Instrukcję jak może wyglądać taka „afirmacja wiary” możemy wziąć z Pisma. Tam też jest napisane jak to działa i dlaczego to jest ważne:
"Jeśli bowiem własnymi ustami wyznasz, że Jezus jest twoim Panem, i jeśli w sercu uwierzysz, że Bóg wskrzesił Go z martwych, zostaniesz zbawiony. Wiara w sercu prowadzi do uniewinnienia, a wyznanie jej ustami — do zbawienia. Pismo mówi przecież: Każdy, kto Mu uwierzy, nie zawiedzie się”. (Rz 10,9-11)
Można więc powiedzieć, że „afirmacje wiary” to świadome powtarzanie prawd wiary lub cytatów z Pisma Świętego mające na celu przypomnienie nam o rzeczywistości w jakiej się poruszamy. A jest to Boża rzeczywistość: „w Nim poruszamy się, żyjemy, jesteśmy” (Dz 17,28). Wraz z tym przypomnieniem wrasta świadomość tych prawd. Wraz ze świadomością dokonuje się nasze nawrócenie (zmiana kierunku myślenia) i umacnia się nasze zaufanie do Boga. Stajemy się podatni na Jego, nie swoją wolę.
To ważne by zrozumieć tą różnicę. Dla chrześcijan „afirmacja” (wyznanie) nie jest zaklinaniem rzeczywistości, by stała się miła, ale uznaniem Prawdy, rzeczywistości Słowa, które stało się Ciałem. Współczesna psychologiczna afirmacja służy przekonaniu samego siebie o czymś, w co jeszcze nie do końca wierzymy. Biblijne affirmare (potwierdzenie) służy ogłoszeniu światu (a przede wszystkim nam) rzeczywistości, która już stała się faktem.
„Afirmacje wiary” nie są więc magią umysłu, czy próbą wpłynięcia na Boga (czy wszechświat) by był nam posłuszny, ale przypomnieniem nam o tym co jest. Dosłownym oddaniem chwały Panu. On jest fundamentem. Na Nim spoczywa ciężar. A my możemy się na Nim oprzeć.
W Biblijnym świecie (a więc także w świecie wiary w którym my żyjemy) wypowiedziane słowo ma moc sprawczą (hebrajskie dabar oznacza jednocześnie „słowo” i „rzeczywistość”). „Bóg rzekł – i stało się”, mówi księga Rodzaju. To dlatego Chrystus mówi, że „ludzie zdadzą sprawę z każdego bezużytecznego każdego słowa w dzień sądu” (Mt 12,36). Słowa to działania. A słowa chrześcijan powinny być rozumne i użyteczne. Afirmacje wiary, powtarzanie słów Bożych, prawd wiary, wyznania wiary jest jak najbardziej użyteczne.
Dlaczego?
1. Upublicznienie decyzji: „Wyznanie ustami” wyjmuje wiarę ze strefy prywatnej czyni ją faktem społecznym. Wiara nie ma być chowana pod korcem (Mk 4,21; Łk 11,33). Ma świecić wszystkim, którzy wchodzą. Albowiem światło wiary jest czymś czym mamy się dzielić a nie chować (zazdrośnie lub ze strachu) dla siebie.
2. Utrwalenie postawy: Psychologicznie rzecz biorąc, wypowiedzenie czegoś na głos angażuje więcej zmysłów i ośrodków w mózgu, co utwierdza (afirmuje) przekonanie w człowieku. Ale jak wspomnieliśmy wyżej nie na zasadzie „zamawiania rzeczywistości” ale przypominania sobie o tym co jest i Tym który Jest. Słowa są wyrażane i to jest czyn, który potem przemieni całe ciało. Słowa Pisma, wyznanie wiary to zaczyn, który ma „zakwasić” całego nas.
3. Więź z Bogiem: Człowiek jest jednością duchowo-cielesną. Nie jest obojętne dla niego i jego relacji z Bogiem co robi jego ciało. Nasza wiara nie może być „czysto duchowa”. Serce (wnętrze) i usta (ciało) muszą ze sobą współbrzmieć. Widać to bardzo w liturgii tradycyjnej, gdzie gesty ciała (szczególnie te wyrażające szacunek i cześć) są nieodłączną częścią rytu. Umysł uczy ciało, a ciało uczy umysł.
Pamiętamy, że celem „afirmacji wiary” jest sama wiara. Nie „pozytywne wzmocnienie” czy dodanie sobie otuchy. Albo raczej to dodatnie sobie otuchy poprzez odkrycie w jakiej rzeczywistości rzeczywiście żyjemy. Bożej rzeczywistości, w której jestem chciany, kochany i otoczony troską. W której mogę się radować mimo smutku i mimo cierpienia. W której mogę być „lekki” bo opieram się na Fundamencie, który mnie utrzyma, i w której ufam Komuś, kto zawsze mnie złapie gdy upadnę.
Zamiast więc powtarzać sobie: „muszę się kochać i troszczyć o mnie” spróbuj powiedzieć (i powtarzać to sobie wielokrotnie): „Bóg kocha mnie i troszczy się o mnie”. Widzisz różnicę, prawda? I potencjał w tym niby oczywistym sformułowaniu.
Zamiast: „Muszę myśleć pozytywnie”, spróbuj: „Bóg myśli o mnie z miłością, nawet gdy ja myślę o sobie źle”.
Zamiast: „wszytko zależy ode mnie”, spróbuj: „Wszystkie troski przerzućcie na Niego, gdyż jemu zależy na was”.
Możesz powtarzać: „Jezus jest Panem” aż stanie się to pociechą, aż odkryjesz jak wielką jest to pociechą. Że. On. Jest. Panem. Możesz wybrać cytat z Pisma czy fragment wyznania wiary, modlitwy, wezwania. Wszystko co mówi prawdę o rzeczywistości wiary może Cię prowadzić. Może być Twoją drogą do tej prawdziwej radości, która wypływa ze spotkania z Łaską Pana, który za nas umarł i zmartwychwstał abyśmy mieli życie i mieli je w obfitości (J 10,10).
Nie bójmy się naszej wiary. Odkryjmy ją. Doceńmy ją. Ona ma moc nas wyzwolić naprawdę.
Agnieszka Myszewska-Dekert
Twoje wsparcie jest cenne. Pomaga nam dalej robić to, do czego czujemy się wezwani: pomagać dorosłym odkrywać piękno wiary, tradycji. liturgii i życia chrześcijańskiego.
Dziękujemy za Twoją życzliwość!
Zapisz się, jeśli chcesz od czasu do czasu otrzymać od nas krótki list — o nowych treściach, ważnych tematach i tym, nad czym obecnie pracujemy.
Nasza strona to przestrzeń, w której dzielimy się z Tobą naszą wiedzą, a także naszym doświadczeniem w rozwijaniu życia duchowego i rodzinnego. Znajdziesz tu artykuły, porady i materiały, które pomogą Ci głębiej rozumieć wiarę oraz łączyć ją z codziennym życiem.
Newsletter
Zostaw swój adres aby otrzymać od nas wiadomości
@Credo-confiteor.com